środa, 8 lipca 2020

O odkryciach i autorefleksjach po pandemii.

O odkryciach i autorefleksjach po pandemii.

kobieta, maseczka, pandemia, covid

Kiedy wracam pamięcią do chwili, kiedy pandemia się zaczęła, oczami wyobraźni widzę to jako jedno wielkie wariactwo: ludzie biegający po sklepach jak szaleni, wykupujący ryże i makarony w ilościach hurtowych, obwieszeni rolkami papieru toaletowego... Swoją drogą do tej pory nie mogę pojąć, o co właściwie chodziło z tym papierem? Why? 

Przypominam sobie za to mojego biednego męża, który próbując zrobić normalne zakupy w markecie spędził w nim 2,5 godziny, z czego ponad godzinę stojąc w kolejce do kasy. No tak, ciężko jest przewalić przez kasjerską taśmę tony makaronu, hektolitry wody i tysiące metrów papieru toaletowego (WTF?) - no chciał, nie chciał, to musi potrwać. 

Potem przyszła całkowita izolacja. Wychodzenie z domu tylko w stanie konieczności, najlepiej w pojedynkę. Przy otwartych drzwiach balkonowych - naszej namiastce wolności, świata zewnętrznego - kilkukrotnie w ciągu dnia wysłuchiwaliśmy komunikatów z krążących po osiedlu radiowozów, które zachęcały obywateli do pozostania w domu. Non stop komunikaty, wszechobecne maseczki i płyn do dezynfekcji.

Ale w tym całym szaleństwie, byli jeszcze ludzie.

Przebywanie całymi rodzinami, czasem na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, dla wielu osób było wyzwaniem. Dla mnie było. Żonglerka - z jednej strony dzieci, znudzone, nie mające szans na spożytkowanie energii, z drugiej my, starający się w domowym chaosie nadążać za zawodowymi obowiązkami, z trzeciej świat zewnętrzny, który mimo izolacji nie przestawał od nas wymagać.

Jak nam to żonglowanie wyszło? W jednych obszarach lepiej, w innych gorzej. Ponieważ oboje próbowaliśmy pracować na pełen etat, mimo posiadania dwójki przedszkolaków na stanie, wielokrotnie nasze dzieci były przez te trzy miesiące zbywane hasłem: "Dziecko, nie teraz, mama/tata pracuje". Brzmi okropnie, nawet teraz gdy, już po fakcie, to piszę. Czy żałuję, że nie mogłam im poświęcić więcej czasu? I tak, i nie - kto ma absorbujące dzieci ten wie, że codzienność z nimi nie jest łatwa. Czasem człowiek chce zrobić coś, co go choć na chwilę wyrwie z kołowrotka.

Tak czy inaczej, izolacja pozwoliła mi dostrzec kilka prawd, niby uniwersalnych, a jednak potrzeba by raz na jakiś czas wybrzmiały. Pierwszą z nich jest fakt, że chociaż kocham swoją rodzinę, nie potrafiłabym z nimi spędzać przysłowiowo 24/7.  Drugie spostrzeżenie jest takie, że jak się okazało, wielu ludzi zajmuje w naszym życiu miejsce, zupełnie niepotrzebnie. Brzmi przewrotnie, ale izolacja pokazuje, z kim tak naprawdę masz coś wspólnego. Dotyczy to również rodziny.

Z rodziną - tą bliższą, ale dalszą niż domownicy - jak się okazało w moim przypadku, da się porozmawiać. Da się nawet zorganizować święta w formie online, wypytać każdego o to, co słychać i jakie ma plany, jak sobie radzi i jakie ma przemyślenia. Da się zorganizować rodzinne spotkanie online przy winku, na którym można się pośmiać, ale i porozmawiać poważnie na tematy, których przy wielkanocnym stole raczej się nie porusza.

Przedostatni wniosek jest taki, że zamknięcie źle działa na ludzką psychikę. W czasie izolacji zazdrościłam tym, którzy mieli choćby 200m2 ogródka. Zamknięcie, zakaz spacerów po lesie, zakaz podróżowania, brak kontaktu z naturą dla mnie były bardzo uciążliwe. Gdzie bowiem odreagować stres? Co może stać się odskocznią? Na szczęście to już za nami.

Ostatni wniosek, jakim się dziś podzielę - nie ostatni w ogóle - jest taki, że nigdy nie byliśmy i nie będziemy idealni. Nie będzie nam się chciało ślęczeć z dzieckiem nad zadaniami z przedszkola, nie będzie nam się chciało wymyślać kreatywnych zabaw, które najprawdopodobniej dadzą nam góra 10 minut spokoju. Czasem będziemy mieli dość bycia w kieracie prania, prasowania, gotowania, więc będziemy przez cały tydzień zamawiać w dostawie, pranie rozłożymy po wszystkich krzesłach w domu, a jedyne co nas zainteresuje, gdy nadejdzie czas wolny, to co najwyżej serial na Netflixie. 

Ideałów nie ma. Idealnego świata też nie. Dlatego najlepiej będzie jak zrobimy tak, by nam w życiu było po prostu dobrze.

Pozdrawiam


wtorek, 14 stycznia 2020

Dlaczego warto robić postanowienia?

Dlaczego warto robić postanowienia?



Byłam święcie przekonana, że o tej porze roku, będę pisać lekkiego posta, o moich tegorocznych postanowieniach, o tym ile z nich udało mi się zrealizować i o tym, jakie plany mam na przyszły rok. Oczywiście moje plany diabli wzięli, bo moje życie wykręciło jakąś dziwną rolkę, z kilkoma przystankami na zaskakujące zwroty akcji i jestem pewna, że gdybym Wam o tym opowiedziała, mielibyście totalnie gdzieś moje noworoczne postanowienia.

Wiecie, dlaczego uważam (choć też od niedawna), że robienie postanowień to dobra sprawa? Bo człowiek, który w życiu nie ma celu, tak naprawdę zmierza donikąd. Większość ludzi popełnia oczywiście błąd, porywając się od razu na rzeczy wymagające albo zbyt wiele zaangażowania, zbyt wiele czasu, zbyt wiele środków lub czegokolwiek innego, czego akurat w danym momencie nie są w stanie z siebie wykrzesać.

Sprawdziłam na sobie - dzięki czemu mogę się pochwalić, że w 2019 zrealizowałam 8 postanowień na 11 - że tylko i wyłącznie metoda małych kroków i stawianie realnych oczekiwań daje nam po pierwsze: szansę na ich zrealizowanie, po drugie: więcej satysfakcji gdy nam się to uda. Dlatego nie zakładałam, że uda mi się schudnąć 10 kilogramów, ale założyłam, że będę regularnie ćwiczyć minimum 2 dni w tygodniu. Dlatego, że założyłam, że w ciągu roku roku przeczytam przynajmniej 2 nowe książki, przeczytałam 3. I tak ze wszystkim.

Zawsze się śmiałam z postanowień noworocznych - przecież to bezsens: jak się chce coś zrobić, coś osiągnąć, to właściwie każdy moment jest dobry, żeby zacząć. Tak się mówi. Dziś wiem, że chociaż warto robić postanowienia i warto pracować nad sobą, to niektóre zmiany - zwłaszcza te poważne - w potrzebują impulsu, a nie tylko chęci. Czasem wystarczy delikatne szturchnięcie, czasem musi to być coś mocnego, niczym uderzenie pioruna. Możemy funkcjonować sobie z dnia na dzień, przyzwyczajeni do miejsca i sytuacji, w których się znaleźliśmy. Możemy nawet podświadomie marzyć o zmianie, ale tylko impuls pomoże nam się na nią zdecydować.

A jak się okazuje, nie zawsze wybieramy dokładnie ten kierunek, który nam się do tego momentu wydawał tym właściwym. Dopiero, gdy ruszymy z miejsca zdajemy sobie sprawę, że pójdziemy zupełnie w innym kierunku, niż pierwotnie zakładaliśmy.


Pozdrawiam


czwartek, 3 października 2019

Szczęśliwy człowiek z "pękniętym kręgosłupem"...

Szczęśliwy człowiek z "pękniętym kręgosłupem"...


W życiu nie przyszło by mi do głowy, nie powiedziałabym na głos - ba! - nawet bym nie pomyślała, że kiedykolwiek poczuję żal w powodu tego, że mam tak sztywny kręgosłup moralny. Wygina się, jak taki prawdziwy, delikatnie, czasem bardziej, ale potrzeba czegoś wyjątkowego, prawdziwego tąpnięcia, by go złamać. A może się nie da?

Kiedy miałam lat dwadzieścia, czy dwadzieścia kilka, postępowałam w życiu zgodnie z własnym sumieniem; wielu rzeczy nie rozważałam, nie dzieliłam i nie analizowałam. Moje postępowanie traktowałam w kategoriach dobre albo złe. I przeważnie dopóki nie robiłam komuś krzywdy, dopóki ktoś nie cierpiał, wszystko było dla mnie ok. To myślenie było dobre głównie z jednego względu: dużo łatwiej dokonywało się wyborów. Wszystkie decyzje, kiedy spojrzeć na nie przez pryzmat moralny, pryzmat wiary czy jakikolwiek inny, wprowadzający do naszego życia większą ilość zasad, stają się nieznośnie trudne do podjęcia i abstrakcyjne wręcz do przeanalizowania.

Wszyty pod skórę dodatkowy kręgosłup sprawia, że wydaje Ci się, że tu gdzie jesteś, to jedyne miejsce w którym możesz być. Boisz się "przegiąć", bo niezależnie od tego, co Cię czeka dalej masz poczucie, że choćby to było wspaniałe i niesamowite, to do końca życia pozostaniesz człowiekiem z "pękniętym kręgosłupem". Domyślam się, że pewnie dlatego ludzie żyją w związkach bez przyszłości, w których trwają z przyzwyczajenia, ze względu na dobro wszystkich dookoła, ze względu na to, że nie widzą siebie jako ludzi szczęśliwych. Wizja "pękniętego kręgosłupa" przesłania im wszystko.

Kiedy siedzę, z kieliszkiem wina i piszę ten tekst, myślę sobie o tym, jak bardzo chciałabym być gdzieś indziej. Jak bardzo chciałabym być sobą - tą dzisiejszą, mądrzejszą, doświadczoną, na tym poziomie rozumienia samej siebie i otaczającego świata - a jednak te dziesięć lat wstecz... W tym świecie, w którym podejmowane decyzje nie tworzyły dramy, w którym jedne drzwi się zamykały, a otwierały drugie, w którym mogłam dać się ponieść...

Dokonywanie wyborów - na tym opiera się całe nasze życie. Stajemy co jakiś czas na skrzyżowaniu i wybieramy: w prawo, w lewo albo prosto. Każda decyzja wpływa na kolejną, niektóre z nich powodują więcej przemyśleń albo konsekwencji niż inne. Przychodzi jednak dzień, gdy stajesz na kolejnym skrzyżowaniu i oglądasz się za siebie myśląc, co by było gdybyś poprzednio wybrał inaczej. Na jeszcze innym stajesz i doskonale wiesz, że całym sercem i całym sobą pragniesz pójść w danym kierunku, a jednak nie idziesz.

Zamykasz lekko uchylone drzwi do tego czego pragniesz na rzecz... No właśnie, czego? Przychodzi mi do głowy tylko jedna odpowiedź: prostego kręgosłupa, któremu tylko raz na jakiś czas pozwolisz wygiąć się mniej lub bardziej, by choć przez sekundę popatrzeć na to, co było za uchylonymi drzwiami.

I marzyć o dniu, w którym będziesz mógł dać się ponieść....


Pozdrawiam





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku.
 Zostańmy w kontakcie! :)





sobota, 3 sierpnia 2019

Sens życia - być sobą we właściwym miejscu i czasie.

Sens życia - być sobą we właściwym miejscu i czasie.

Ostatnio przeczytałam czyjąś refleksję na temat ostatnich kilku lat życia. Wydźwięk był pozytywny, a całe to "resume" zakończone wdzięcznymi słowami skierowanymi do kilku konkretnych osób. Nie było tam mnie, choć przez jakiś czas byłam z tą osobą blisko, a część z wymienionych tam osób dołączyła do nas później.
...
Nie nadążam za współczesnymi zwyczajami, ale widzę, że niektórzy ludzie postępują zgodnie z zasadą "Robię to co chcę, a nie to, co wypada". Pewnie dlatego nie zostałam zaproszona na wieczór panieński mojej przyszłej bratowej. Nie mamy regularnego kontaktu, nie byłam osobą tam potrzebną.
...

Co łączy obie te sytuacje? 

Moja reakcja. W żadnym z tych przypadków nie byłam zła. Była sekunda zaskoczenia i potem refleksja. W pierwszym przypadku, gdy pomyślę jak potoczyły się nasze losy, gdy przypomnę sobie niektóre rozmowy i sytuacje to wiem, że tej osobie z innymi jest 'bardziej po drodze' niż ze mną. Że możemy mieć podobne poczucie humoru, możemy rozumieć się bez słów, a jednocześnie diametralnie się różnić - mieć inne priorytety i podejście do życia. Zupełnie inaczej patrzeć na świat.

W drugim przypadku jest podobnie. Sama w życiu postępuję zgodnie z własnym sumieniem, nie bardzo oglądając się na to, czego oczekują ode mnie ludzie. Wyrosłam z tego już dawno. Wcześniej robiłam to często bardziej z przekory, dziś dbam przede wszystkim o swój spokój ducha. Nie pcham się tam gdzie mnie nie chcą, otaczam się ludźmi, którzy chcą ze mną przebywać, których nie muszę na siłę namawiać na spotkanie. Którzy akceptują mnie i nie muszę przed nimi niczego udawać, ani niczego im udowadniać.  Jeśli jeszcze nie doświadczyliście tego poczucia, nie macie pojęcia, jak cenna to rzecz. I, co najważniejsze, te same zachowania akceptuję u innych.

Wielu ludzi nie bardzo wie, czego chce od życia i gdzie jest ich miejsce. Gonią, wciąż naprzód, ale do końca nie wiedzą za czym. Chcą "więcej" i "bardziej", ale kiedy to osiągają - nie czują spełnienia. Próbują usilnie zadowolić innych, zupełnie zapominając o sobie. Kochają rzeczy, zamiast ludzi. 

Nie bądźcie takimi ludźmi. Akceptujcie odmienność innych, doceniajcie małe i proste przyjemności. Nie rozpamiętujcie błędów ani przyszłości - o tym, czego nie da się zmienić zapominajcie, a to co można zmienić - po prostu zmieńcie. Pielęgnujcie relacje, bo kiedyś zrozumiecie, że nie liczy się ile macie złotych pucharów, ale czy macie z kim wypić z nich wino.


Pozdrawiam





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku. Zostańmy w kontakcie! :)

piątek, 28 czerwca 2019

Zainwestuj swoją energię w spełnianie marzeń... Opłaca się!

Zainwestuj swoją energię w spełnianie marzeń... Opłaca się!
koncert, ręce, serce, fan, backstreet boys

Żaden energetyk nie da Ci takiego emocjonalnego kopa, jak świadomość spełnionego marzenia. I z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że bez różnicy jest, czy to małe czy duże marzenie, czy to rzecz wielka czy drobiazg.

Każdy człowiek ma inny obszar zainteresowań. Co innego go cieszy, co innego pobudza do działania. Niezależnie jednak od tego, jakim sposobem, warto w życiu dążyć do uszczęśliwiania samego siebie. Warto sprawiać sobie nawet małe przyjemności, które w konsekwencji poprawią nam samopoczucie.

Byłam w poniedziałek na koncercie zespołu Backstreet Boys. Możecie się śmiać lub nie, ale to mój ukochany zespół. Miałam 13 lat kiedy zaczęłam ich słuchać. Przy ich piosenkach przeżywałam swoje pierwsze miłości i zawody miłosne. Wypłakiwałam oczy przy "More than that" i "I need you". Marzyłam o swoich niedoszłych chłopakach, wzdychałam, snułam plany podboju ich serc. Byłam nastolatką, a te ckliwe teksty i melodie idealnie wpisywały się w moje emocjonalne sinusoidy.

Backstreet Boys, koncert, Warszawa, Torwar


O gustach się nie dyskutuje, panowie tworzą muzykę od 25 lat, mają rzesze wiernych fanów, zarówno w Polsce jak i za granicą, a ja słucham ich nawet teraz, mając lat 31. A koncertem byłam zachwycona. Chociaż nie, zachwycona to nadal mało powiedziane. Cała oprawa koncertu - światło, lasery, "backscreen" (czy jak to się tam fachowo nazywa) zrobiły swoje, ale i tak całe show jakie zrobili panowie z Backstreet Boys to było to, co skradło moje serce.

Śpiewałam z całych sił, piszczałam z całych sił razem z tysiącami osób obecnych na koncercie. Zachwycałam się nimi, bo chociaż minęło 25 lat, ja nadal oczami wyobraźni widzę ich takimi, jakimi byli te 17 lat temu. Mało tego, muzyka którą tworzą, wywołuje we mnie te same emocje, daje mi ten sam poziom wzruszeń, przywołuje wspomnienia, które tkwiły zakopane pod grubą warstwą kurzu.

koncert, Warszawa


Mój młodszy brat, który też był na koncercie ze znajomymi gdy dzieliliśmy się wrażeniami, śmiał się ze mnie, że "ekscytuję się uroczo, jakbym znów miała 13 lat". Ale wiecie co? To właśnie na tym koncercie było najlepsze. Mogłam się ekscytować, mogłam piszczeć i się wzruszać i nikogo dookoła to nie dziwiło. Nie musiałam się kryć z tym, że udział w tym koncercie sprawił mi wielką frajdę.

Moim marzeniem było pójść na ich koncert i cieszę się, że to marzenie się spełniło. Tak jak napisałam na samym początku, sparafrazuję teraz "Marzenia się nie spełniają, marzenia trzeba spełniać. Dopiero realizacja marzeń daje Ci prawdziwą radość w życiu."


Pozdrawiam


czwartek, 13 czerwca 2019

"Jesteś tym, w jaki sposób myślisz."

"Jesteś tym, w jaki sposób myślisz."

Tytuł tego wpisu jest oczywiście parafrazą, nie mniej jednak ma wiele wspólnego z naszym funkcjonowaniem w codziennym życiu. To o czym myślimy to jedno, ale to JAK o tym myślimy sprawia, że nasze działania są z góry ukierunkowane w jakiś sposób.

Zakładam, że mało kto w swoim życiu robi sobie, choćby raz na jakiś czas, rachunek sumienia ze sposobu w jaki funkcjonuje każdego dnia. Jak takie podsumowanie miałoby wyglądać? Myślę, że wystarczyłoby kilka, może kilkanaście pytań.

  • Jak rozpoczynasz swój dzień?
  • Jak reagujesz na złe wiadomości/nieprzyjemne sytuacje?
  • Czy potrafisz policzyć, ile razy w ciągu dnia miałeś/aś myśli pozytywne, a ile razy negatywne?
  • Co robisz, aby przekuć negatywne myślenie w pozytywne?
Idźmy krok dalej i odpowiedzmy na te pytania. Jak większość ludzi rozpoczyna dzień? Od szybkiej kawy, ubierania w pośpiechu, popędzania dzieci... Wszędzie gonimy, wszędzie biegniemy, ciągle jesteśmy spóźnieni. Co za tym idzie? Narzekamy. Jojczymy. Sapiemy. Już na "dzień dobry" jesteśmy poirytowani. A potem jest już tylko gorzej.

Jak reagujesz na złe sytuacje? Może jeszcze nie zauważyłeś/aś, ale jedna zła myśl ciągnie drugą. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Nerwowy poranek, potem sytuacja, która wywołała zbędną irytację, a potem lawina nieprzyjemnych sytuacji. Zabrakło mi spokoju i opanowania. To, w jaki sposób nastawiłam się rano, pokierowało całym moim tokiem myślenia i reakcjami na sytuacje, które wydarzyły się później. 

Jak z tym walczyć?Jeśli czekacie aż powiem "Wstań godzinę wcześniej, weź prysznic, wypij kawę w spokoju i dopiero ruszaj do boju" to się nie doczekacie. Wiem po sobie (z czasów, gdy pracowałam w korpo), że czasem wstać choćby kwadrans wcześniej, to jak przejść suchą nogą przez morze. Bez Bożej pomocy, po prostu nie do zrobienia. :-) Proponuję zatem nieco inne, prostsze rozwiązanie, składające się z 3 punktów:

  • Bądź wdzięczny.
  • Doceniaj nawet najdrobniejsze rzeczy.
  • Nie denerwuj się tym, na co nie masz wpływu. Jeśli masz na to wpływ, to po prostu to zmień. 
Polecam również przez kilka dni spisywać swoje pozytywne i negatywne myśli, reakcje. Poddaj analizie to, w jaki sposób reagujesz, czy przypadkiem nie za nerwowo, gwałtownie? Zastanów się, czy nie przydało by się wyciszyć, zwolnić? Czy czasem można po prostu odpuścić?

Ja swój dzień zaczynam od wdzięczności, modlitwy i jak się uda to treningu. Możecie się śmiać, ale odkąd pracuję zdalnie widzę w sobie przemianę, jakiej zawsze chciałam, a do tej pory nie potrafiłam z siebie wykrzesać. 

Na koniec dorzucę, że po dniu pełnym nieprzyjemności, zastanowiłam się na spokojnie nad wszystkim i wyciągnęłam wnioski. Gdy następnego dnia zaczęłam poranek po swojemu (albo raczej właściwie) to dzień zaskoczył mnie tyloma miłymi sytuacjami, że sama zastanawiałam się, jak to w ogóle jest możliwe. Jak można ściągać złością, kolejne złe myśli? Jak można sprowadzać kolejne (niepotrzebne) kłótnie, przykrości? Jak widać, wcale nie trzeba dużo. 

Zmień sposób myślenia, a sukcesywnie zaczniesz zmieniać swoje życie. Skoro ja dałam radę, to Ty też dasz! 


Pozdrawiam





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku.
 Zostańmy w kontakcie! :)





piątek, 3 maja 2019

Nazywasz to przypadkiem, ja nazywam to wiarą.

Nazywasz to przypadkiem, ja nazywam to wiarą.
niebo, gwiazdy, kobieta, cień

Ludzie mają tendencję do chodzenia na łatwiznę. Wolą wymieniać, niż naprawiać. I dotyczy to nie tylko sprzętów codziennego użytku, ale również relacji. Kochają rzeczy, zamiast kochać ludzi, a rzeczy tylko używać. I nadal sądzą, że ich życiem rządzą przypadki.

Kiedy w styczniu straciłam pracę nie było mi zbytnio do śmiechu. Dopiero kilka dni po fakcie dotarło do mnie, że sytuacja w jakiej się znalazłam jest lepsza niż byłaby, gdybym zwolniła się w listopadzie, tak jak chciałam. Jeszcze przez miesiąc musiałabym się męczyć i na same święta zostałabym z niczym. A dzięki temu, że zwolnili mnie przez wzgląd na restrukturyzację w firmie dostałam odprawę i miałam czas na poszukiwania nowej pracy.

Dostawałam oczywiście mnóstwo "dobrych rad" w stylu "Załatw sobie lewe zwolnienie, przez pół roku będziesz dostawać kasę i zyskasz więcej czasu na szukanie pracy". Nie powiem, widzę sens w tym toku postępowania, ale w oszukiwaniu państwa, (nie)wielkim ryzyku z tym związanym i tego rodzaju chodzeniu na łatwiznę już niekoniecznie. To nie mój styl. Dlaczego uznałam, że takie działanie nie ma sensu? Właśnie dlatego, że mimo trudnej sytuacji w firmie, w listopadzie szukałam wsparcia i pociechy "na Górze". To czego doświadczałam oddałam Bogu i najzwyczajniej w świecie uznałam, że On mi pomoże w kwestii znalezienia pracy tak, jak pomógł mi przetrzymać trudny czas i wytrwać aż do stycznia.

I chociaż znajomi pukali się w głowę, chociaż zupełnie nie rozumieli mojego toku myślenia, chociaż obawiałam się tego ile czasu potrwa moje bezrobocie i jak utrzymamy rodzinę to moja wytrwałość i zaufanie się opłaciły. Otrzymałam pracę dokładnie taką o jakiej marzyłam - dostałam umowę o pracę, zaproponowano mi takie warunki finansowe jakich chciałam i do tego fizyczne miejsce mojej pracy również jest takie jak chciałam. A, co najważniejsze - pierwszy raz zajmuję się w pracy tym, co mnie ciekawi i interesuje. Moja praca sprawia mi przyjemność.

Oczywiście znajomi powiedzieli "przypadek". Ale wiecie co? Przypadkiem, to można się potknąć na nierównym chodniku jak się człowiek zagapi, a nie wyjść ze złego otoczenia mając zapewniony byt i dostać dokładnie to, o czym się marzyło. Ja nie wierzę w takie "przypadki".

"They call it fortuity, I call it FAITH" :)


Pozdrawiam






Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku.
 Zostańmy w kontakcie! :)

piątek, 8 marca 2019

Ten jeden wspólny mianownik.

Ten jeden wspólny mianownik.
kobiety, dziewczyny, różne, różnice

Dzisiejszy świat bywa dziwny: chcemy być oryginalne, a równocześnie staramy się nie odstawać od innych. Pragniemy być indywidualistkami, które na każdy temat mają własne zdanie, ale w towarzystwie potakujemy sobie nawzajem, nawet jeśli uważamy inaczej. A przy okazji chowamy po kieszeniach szpilki, które lubimy wbijać innym kobietom, najczęściej w zawoalowanych komplementach.

To co powiem, może być zaskakujące, ale ja nie przepadam za kobietami. Nie specjalnie lubię ich intrygi i plotkarstwo, wytykanie błędów i niedociągnięć. Wykłócanie się o to, która jest lepszą matką bo karmi/rodziła/wychowuje według/sponsoruje zajęcia dodatkowe, itd. Różnimy się wszystkim: kolorem oczu i włosów, sylwetką, sposobem ubierania, sposobem na życie, wychowanie dzieci, prowadzenie domu. I chociaż tyle się trąbi i robi kampanii społecznych o tym, że bycie innym nie oznacza bycie gorszym, to głupie nawyki i przyzwyczajenia zawsze wychodzą na wierzch prędzej czy później.

A gdyby tak czerpać inspirację od siebie nawzajem? Bo czemu by nie "podbierać" od koleżanek tych cech, które chciałybyśmy widzieć u siebie? Jesteś nieśmiała? Pogadaj z bardziej asertywną koleżanką, niech zdradzi ci kilka swoich sposobów! Jesteś nieogarniętą bałaganiarą? Każdy ma wśród znajomych taką dokładną i pedantyczną istotę, która może pochwalić się doskonałym zmysłem organizacji. Przyjmujmy od siebie nawzajem dobre rady, ALE! Niech to nie będą uszczypliwości w stylu: "No moja droga, po tej ciąży to wyglądasz jak wieloryb, na szczęście wypatrzyłam w necie niesamowity sposób na szybkie odchudzanie!". Takich "dobrych rad" nikt nie chce. To są właśnie te szpilki, o których mówiłam na początku.

Wspierajmy się i motywujmy. Każda z nas jest piękna, oryginalna i wyjątkowa. Każda z nas jest wartościowa. Bądźmy dla siebie dobre. Chwalmy się nawzajem za sukcesy i wspierajmy w chwilach słabości. Przecież gorsze dni zdarzają się każdemu. Doceniajmy zamiast oceniać. Mnóstwo rzeczy nas różni, lecz mamy jeden znaczący wspólny mianownik: wszystkie jesteśmy kobietami i choćby dlatego powinniśmy stać jedna za drugą murem.

Pozdrawiam





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku. Zostańmy w kontakcie! :)




piątek, 1 marca 2019

Pączki, podkowy i czterolistne koniczyny.

Pączki, podkowy i czterolistne koniczyny.
drzwi, zamknięte drzwi


Uśmiałam się wczoraj z lekkim przekąsem, gdy przy okazji Tłustego Czwartku, usłyszałam od znajomego: "Jak to nie zjadłaś jeszcze pączka? Musisz zjeść chociaż jednego, na szczęście!".

Ile rzeczy od początku roku zrobiłam, raczej nieświadomie - bo nie jestem przesądna, żeby to szczęście przyciągnąć, nie zliczę. Rok zaczęłam dobrze: Sylwestra spędziłam w fajnym towarzystwie, dobrze się bawiłam, w przeciwieństwie do lat ubiegłych. Tydzień po Nowym Roku miałam urodziny, które również spędziłam dobrze - w gronie znajomych, pijąc i żartując przez cały wieczór. I na tym pasmo szczęśliwych wydarzeń w moim życiu się zakończyło.

Tydzień po urodzinach zwolnili mnie z pracy. Firma została przejęta przez inną, więc w wypowiedzeniu napisali "redukcja etatów". Nie powinnam być zaskoczona, że wybrali akurat mnie (choć nie tylko) patrząc na to co działo się przed świętami Bożego Narodzenia. Pisałam o tym TUTAJ. Nie stresowałam się tym, przez jakiś czas - zwolnili mnie z obowiązku, przez dwa miesiące płacili normalnie. Ten czas skończył się wczoraj, a mimo kilku rozmów rekrutacyjnych, nadal nie mam pracy.

Dwa tygodnie temu również zaniemógł dziadek, który opiekował się moim młodym, a młodą odbierał z przedszkola. Babcia jest mniej sprawna, więc to dziadek był zawiadującym przy ogarnianiu mojej hałastry. I niestety, dziadek trafił na ponad tydzień do szpitala, a diagnoza okazała się (chciałoby się rzec do przewidzenia w moim przypadku) oczywiście najgorsza. W związku z tym, ponieważ intensywnie szukam tej pracy, w ciągu kilku dni musiałam znaleźć dla młodego żłobek. Oczywiście prywatny i oczywiście za ciężkie pieniądze, których w obecnej sytuacji mam jak na lekarstwo.

I nie, nie skarżę się na swoją niedolę, lecz nakreślam skąd się wziął ten "przekąs" w moim rozbawieniu wczorajszą rozmową. Jak widzicie jednak zaklinanie szczęścia nie wychodzi mi zbyt dobrze. W moim życiu obserwuję tendencje spadkowe, tuż po albo tuż przed chwilowymi okresami spokoju. Zeszłe lato takie było - trochę jak cisza przed burzą. I chociaż czasem sama siebie pytam, za jakie grzechy wszystkie te dołki w naszym życiu, to myślę, że choćbym zjadła tonę pączków, nosiła w kieszeni siedem podków i zasadziła w doniczce czterolistną koniczynę, to i tak nic by to nie dało.

Jeśli stoisz przed zamkniętymi na klucz drzwiami, to choćby były to najładniejsze drzwi jakie widziałeś, to nadal będą zamknięte. Czekam więc na zmianę trendu w moim życiu, kiedy to wygramolę się z tego dołka i wdrapię wreszcie na jakąś porządną górkę.

Pozdrawiam





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

piątek, 22 lutego 2019

Pancake w roli głównej - prosty przepis na szybki piątkowy obiad.

Pancake w roli głównej - prosty przepis na szybki piątkowy obiad.
naleśniki, naleśniki amerykańskie, pancake, przepis, obiad

Ponieważ u mnie ostatnimi czasy niestety życiowo same perturbacje i ciężkie tematy, postanowiłam przy piątku podzielić się z Wami prostym i szybkim przepisem na naleśniki po amerykańsku, czyli tak zwane "pancake". Uwierzcie lub nie, te które widzicie na zdjęciu robiłam dziś osobiście... Pierwszy raz w życiu. Ponieważ była to pierwsza próba i do tego na żywym organizmie, nie przykładałam zbytnio uwagi do kształtu. Jeśli zaś chodzi o konsystencje i smak, wyszło super. :-)

Jeśli uda mi się na wiosnę odnowić moją kuchnię, zgodnie z zamierzeniem, wyposażę ją może w foremki do pancake'ów, ale na tą chwilę, kształt gra drugorzędną rolę. Tak więc krójcie soczyste owoce, wyciągajcie z lodówki dżemik albo (o matko wszystkich łasuchów!) Nutellę i życzę smacznego! :-)

Poniżej przepis:


  • szklanka mąki, typ 450 lub 650 (ja miałam tradycyjną, Szymanowską)
  • szklanka mleka
  • 1 jajko
  • 3 łyżki cukru do smaku, opcjonalnie może być cukier waniliowy
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • odrobina oleju (na oko łyżka stołowa) lub rozpuszczonego masła
  • szczypta soli
Wszystko to mieszamy trzepaczką albo mikserem do czasu zniknięcia grudek. Potem porcje wylewamy na suchą rozgrzaną patelnię i smażymy na złoty kolor. Nic prostszego! :-)


Pozdrawiam


wtorek, 15 stycznia 2019

Urodzinowe resume.

Urodzinowe resume.

Nie ma się co oszukiwać, przez ostatnie 10 lat moje życie rzuciało się niespokojnie niczym menel w objęciach strażników miejskich. Raz byłam na wozie, więcej razy pod wozem i niewiele rzeczy i spraw było na właściwym miejscu. Albo chociaż w okolicach tego miejsca, na którym chciałabym się widzieć.

Rodziców przestałam słuchać dawno temu, zawsze byłam jak kot - chodziłam swoimi drogami i miałam własne zdanie - a do tego jeszcze czarny, bo charakter miałam mocno asertywny. Rodzice wymagali ode mnie sporo, ale wydaje mi się że dość szybko pogodzili się z faktem, że moja niepokorna natura nie da się ujarzmić, ale przez to również nasze relacje nie wyglądały tak, jakbyśmy może tego chcieli. Nasze drogi się przeplatały, zwykle w punktach spornych, bo w codziennym życiu nie mogę powiedzieć, żeby chociaż biegły w miarę równolegle czy w tym samym kierunku.

Tworzenie relacji przez większą część życia wychodziło mi różnie.  Zawsze lepiej dogadywałam się z facetami; odkąd pamiętam laski zawsze po pewnym czasie dostawały na mnie alergii, niczym niemowlę na truskawki. I w gruncie rzeczy przyznaję, że mnie też nigdy nie było po drodze z kimś, kto parę razy w miesiącu ma rozdwojenie jaźni, nie wie czego chce, a do tego plotki, układy i głupie fochy w moim poczuciu były w stanie zdemolować każdą babską przyjaźń.

Co do przyjaźni, to zjednywanie sobie ludzi wychodziło mi zawsze raczej dobrze, chyba że na dzień dobry ktoś nie zrozumiał, że moja przebojowość i pewność siebie nie wynikają wyłącznie z narcyzmu i przemądrzałości. Mówię to pół żartem pół serio, bo choć jestem przekonana, że dogadałabym się z każdym, to utrzymywanie długotrwałych relacji wychodziło mi raczej średnio. Tłumaczę sobie, że dziś ludzie nie lubią, jak im się stawia wymagania, a ponieważ ja daję z siebie dużo, a wymagam co najmniej podobnie - nie każdy czuje się na siłach, by temu podołać.

Nigdy chyba nie byłam święta, ale dziś tłumaczę to sobie faktem, że pewne głupstwa musiałam w życiu popełnić, żeby na przyszłość oszczędzić sobie kilku poważnych rozczarowań. Niczego w życiu nie chciałam bardziej niż ŻYĆ. Kiedyś czułam że żyję dopiero wtedy, gdy adrenalina przepływała przez żyły, gdy pojawiały się jakieś emocje i gdy moja codzienność nie powtarzała się monotonnie niczym sceny z "Dnia świra".

I na okoliczność moich 31 urodzin stwierdzam, że moje życie zatoczyło koło i ponownie miota się jak menel i trochę jak filmowy Adaś pragnie się obudzić w końcu w jakiejś bardziej przyjaznej rzeczywistości.

Dlatego chociaż nie dmuchałam świeczek, a moja impreza urodzinowa nie doszła do skutku, to życzę sobie, żebym przestała czuć się jak w "Dniu Świra", a poczuła znowu, że zaczęłam ŻYĆ.


Pozdrawiam


poniedziałek, 31 grudnia 2018

Tajemnice kobiecych fantazji, czyli co nas kręci, co nas podnieca.

Tajemnice kobiecych fantazji, czyli co nas kręci, co nas podnieca.
naga kobieta, 50 twarzy greya, czego pragną kobiety, seks, fantazje erotyczne


Dawno już opadł kurz i wszyscy zapomnieli o Christianie Grey'u, więc marketingowo pisanie o tym, czym fabuła tej książki zasłużyła na taki entuzjazm, mija się z celem. Całe szczęście piszę o tym co mnie natchnie, a nie za co mi zapłacą. Dlatego, gdy parę dni temu dotarło do moich uszu stwierdzenie, że owszem z tym wyuzdanym seksem wszystko fajnie, ale żadna z kobiet obecnych w towarzystwie nie chciałaby się ze zdominowaną Anastasią zamienić na miejsca, zaczęłam się zastanawiać czego naprawdę pragną kobiety?

Tak się akurat złożyło, że pracowałam w sklepie z książkami kiedy był boom na tę pozycję, dlatego doskonale pamiętam te wszystkie laski, które hurtowo kupowały tomiszcza. I widziałam oczami wyobraźni, jak siedzą po nocach z wypiekami na policzkach, wczytując się w pikantne opisy wyuzdanego, namiętnego, pełnego pasji seksu. Elementy bolesne pomijam celowo - nie każdy potrafi oczuwać przyjemność z zadawania/przyjmowania bólu. Ale mogę się też założyć, że gdyby ten element wykluczyć, to każda z czytających pań chciałaby się z Anastasią zamienić na miejsca. Dlaczego?

Bo kobiety lubią fantazjować. I, jestem pewna, część fantazji chciałyby spełnić. Nawet jeśli w domu czeka kochający mąż, najlepszy na świecie, najbardziej ułożony facet, prasujący swoje koszule, wynoszący śmieci i zmywający naczynia, to i tak jadąc windą z jakimś przystojniakiem, kobieta pomyśli o tym jakby to było, gdyby spoglądający na nią nieśmiale facet, podszedł do niej, ujął jej twarz w dłonie i namiętnie pocałował. Albo coś więcej.
Kobiety miewają fantazje erotyczne, ale bardzo rzadko mówią o nich głośno. Są jak ta nieśmiała bohaterka "50 twarzy...", która marzyła o księciu i o tym, co z nim zrobi w łóżku i w życiu nie spodziewała sie, że na kogoś takiego trafi. Przeciętne kobiety są takie same - marzą o przypadkowym spotkaniu ze znanym piosenkarzem, zakończonym w hotelu albo o seksie w pokoju socialnym w pracy z przystojnym kolegą, który je kręci. Fantazje mogą dowolnie modyfikować.

Fakt pozostanie faktem: potrzebujemy w sypialni urozmaicenia. Niestety ponieważ seks, gadżety, rozmowy o ulubionych pozycjach i inne elementy tej układanki nadal są traktowane jak tabu, w prawdziwym życiu nic nam z tego nie wychodzi. Mało tego, chociaż seks jest nieodłącznym elementem związku, to my wciąż nie potrafimy się skomunikować na tej płaszczyźnie. I dlatego właśnie wszyscy ci biedni faceci musieli wysiedzieć swoje na seansach kinowych "50 Twarzy Grey'a", rzucając spojrzeniami pomiędzy ekranem a rozmarzonymi twarzami swoich kobiet, zastanawiając się czy to kara za grzechy czy może jednak zawoalowany przekaz.

Ta książka, to nic innego, jak zbiór kobiecych fantazji urozmaicony elementami BDSM. Potrzebujemy w sypialni urozmaicenia. Potrzebujemy urozmaicenia w życiu. Dlatego kobiety po cichu marzą o wysokim przystojnym brunecie, który z iskrą w oku będzie obserwował każdy ich ruch, który będzie całował je tam, gdzie same by nie pomyślały że można. O pewnym siebie, asertywnym kochanku, który będzie wiedział co i jak zrobić z nimi w łóżku. Ani w życiu, ani w pracy, ani w związku nie lubimy jak jest nudno. Chcemy czuć emocje, marzymy o prądach elektrycznych przechodzących po kręgosłupie. Chcemy dać się ponieść szaleństwu z kimś, kto będzie tego chciał równie mocno. Chcemy być pożądane i adorowane.

A jednocześnie, jak żyd diabła wypieramy się pożądania, fantazji erotycznych, chęci posiadania opaski na oczach czy kajdanek z futerkiem, a na komplementy reagujemy wzruszeniem ramion. Chcemy być divami w łóżku, jednocześnie usilnie trzymając się prozy życia - klasycznego, szybkiego seksu bez polotu, raz w tygodniu, a może raz w miesiącu. Dlaczego?


Cytując klasyka: "Baby są jakieś inne" i same nie wiedzą czego chcą, dopóki ktoś im tego nie da.



Pozdrawiam





czwartek, 8 listopada 2018

Mobbing, czyli kiedy na myśl o pójściu do pracy chce Ci się płakać.

Mobbing, czyli kiedy na myśl o pójściu do pracy chce Ci się płakać.
biuro, biurowiec, mobbing, praca, nękanie

Nigdy nie miałam talentu do robienia tak zwanej "dobrej miny do złej gry". Udawanie, że coś mi się podoba, gdy tak nie jest, to zupełnie nie moja bajka. I nie mówię tu o drobiazgach, w stylu zapewniania czterolatki, że jej bazgrołki to arcydzieło na miarę Picassa. Mam na myśli sytuacje, które wpływają na nasze życie, samopoczucie, a niejednokrotnie również zdrowie. Mówię o sytuacji, w której na myśl o pójściu do pracy, najzwyczajniej chce mi się płakać.

Jedna z głośniejszych afer mobbingowych ostatnich miesięcy dotyczyła pracowników Szlachetnej Paczki, którzy złożyli zbiorowy pozew przeciwko założycielowi i liderowi stowarzyszenia, ks. Jackowi Stryczkowi. Nie zamierzam dywagować o tym, jak prawdopodobna (lub nie) jest dla mnie ta historia. Istotniejszy jest jednak fakt, iż ta sytuacja zmotywowała m.in. prezesów platformy pracowniczej GoWork.pl do zabrania głosu w sprawie, która jak się okazuje dotyczy aż 60% polskich pracowników.

Według Kodeksu Pracy mobbing oznacza "działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników(...)". 

Zastanawiacie się pewnie, czemu w ogóle o tym piszę? Dlatego, że 60% to bardzo dużo i sądzę, że wśród osób czytających ten tekst, znajdzie się kilka takich, które - podobnie jak ja - tego właśnie doświadczyły lub wciąż doświadczają. I niekoniecznie są to groźby czy bezpośrednia agresja (choć to się niestety też zdarza!), lecz w większości przypadków to powolne psychiczne nękanie, które dzień po dniu wyniszcza człowieka. Mobbing w pracy, to toksyczna sytuacja, na którą trzeba reagować.

.... współpracownicy organizują wyjścia firmowe lub prywatne ale w firmowym gronie i nie zapraszają Cię?
.... w agresywny sposób wytykają Ci błędy, nawet na etapie szkolenia?
.... jesteś krytykowany publicznie za sposób ubierania się, żywienia, Twoją religijność albo orientację?
.... wymyślają ci obraźliwe pseudonimy, obgadują za plecami?
.... usilnie próbują udowodnić Ci brak wiedzy i kompetencji, niejednokrotnie przytaczając argumenty bezsensowne i niemające odniesienia do rzeczywistości?
.... utrudniają Ci dostęp do wiedzy i informacji, pod przykrywką fałszywej chęci wykonania pracy za Ciebie, a następnie używają tego jako argumentu mającego dowieść Twojej niekompetencji?
.... donoszą do przełożonego o Twoich potknięciach, nawet tych nie wpływających na wykonywaną pracę?
.... wywyższają się, dając Ci odczuć że ich staż pracy/bliska relacja z szefem pozwala im na więcej?
.... w sytuacjach spornych przełożony usilnie próbuje wmówić Ci, że nie masz racji/popełniłeś błąd, nawet jeśli masz pewność, że jest inaczej?

Jeśli którykolwiek z tych przykładów możesz opisać jako swój, to znaczy że mobbing dotyczy również Ciebie. Nie zawsze mobbingującym jest pracodawca, czasem są to współpracownicy. Co gorsza, pracodawcy niechętnie podejmują próby rozwiązania konfliktowych sytuacji, niejednokrotnie próbując zamiatać całą sprawę pod dywan, używając argumentów, że "jako dorośli ludzie powinniśmy umieć się dogadać". Niestety udowodnienie swoich racji w sądzie wymaga twardych dowodów, a często nawet zeznań świadków. Tak czy inaczej, w relacji oprawca-ofiara, nie ma miejsca na porozumienie. Każda agresywne zachowania, powinny być konsekwentnie ucinane, tym bardziej w miejscu pracy.

Dlatego jeśli na myśl o pracy natychmiast boli Cię głowa i brzuch, jeśli przekroczenie progu biura sprawia, że zbiera Ci się na płacz, jeśli w miejscu pracy usilnie próbujesz "zniknąć" by nie narażać się na zaczepki, to znak, że mobbing dotyczy również Ciebie. A jeśli nie widzisz szans, by wyegzekwować swoje prawa, to znak, że tak jak ja w tej chwili, musisz zacząć szukać nowej pracy. Nie pozwól by toksyczna atmosfera pracy wpłynęła na rozstrój Twojego zdrowia i obniżenie samooceny. Nikt nie ma do tego prawa.


Pozdrawiam




wtorek, 25 września 2018

Jesteś złą matką? A może chciałabyś nią być?

Jesteś złą matką? A może chciałabyś nią być?
Złe mamuśki, film, dziecko, mama, matka, zła matka, obowiązki, rodzina


Ile z Was tak ma, że dzień rozpoczyna się czasem jeszcze przed budzikiem, ledwie wzejdzie słońce? Poranna gonitwa, by zdążyć ze wszystkim przed wyjściem: szykowanie ubrań do szkoły i przedszkola, robienie kanapek, prasowanie koszulek z ulubionymi bohaterami bajek. Szykujesz dzieci, szykujesz siebie, biegniesz, by ze wszystkim zdążyć. Odstawiasz do szkoły czy przedszkola i znów biegniesz - do pracy. A po ośmiu godzinach nie wychodzisz spokojnie i nie delektujesz się końcem obowiązków, lecz znów biegniesz. Bo trzeba zrobić zakupy, przygotować obiad, odrobić z dziećmi lekcje, zawieźć na zajęcia dodatkowe... A kiedy przychodzi już późny wieczór jesteś ledwo żywa i nie masz nawet siły by spojrzeć nawet na książkę, którą kupiłaś kilka miesięcy wcześniej.

I masz ochotę rzucić to wszystko w cholerę.

Kiedy się czasem nad tym zastanawiasz, wydaje Ci się, że robisz wszystko za wszystkich. Jestem pewna, że tak, bo kto posprząta, pozmywa, czy wyrzuci śmieci lepiej niż pani domu? I czujesz frustrację, bo mąż - choć przecież pomaga - nie wkłada w to tyle serca co Ty. I gdyby było mało, to przytłacza Cię myśl, że domownicy nie doceniają Twoich starań, nieważne czy mają lat 5, czy 15 czy 35. I chociaż jesteś z siebie dumna - jako "wonder woman" w tym domu jesteś niezastąpiona - to jednak często modlisz się o to, by ktoś Cię uwolnił o tych obowiązków. Marzysz o dniu, kiedy położysz się na kanapie, a wszystko dookoła zrobi się samo.

Takich cudów jednak nie ma, a Tobie wstyd, że w ogóle tak pomyślałaś. I za nic nie chcesz się przyznać, że czasem masz po prostu dość, że czasem Ci się nie chce, że dzieci Cię denerwują. Nie przyznasz się głośno, że zdarza Ci się podnosić głos, bo to jedyna metoda by Twoje prośby dotarły do adresatów. I masz wyrzuty sumienia, że nie potrafisz dogadać się z nastolatkiem w domu, choć wydaje Ci się, że wciąż pamiętasz co się czuje mając naście lat. I nawet mężowi nie powiesz, że dobija Cię, że dopiero nauczyłaś się panować nad zbuntowanym trzylatkiem, a on już wszedł w bunt nastolatka i cały rollercoaster zaczyna się od nowa. I choć na pozór każdy dzień jest do siebie podobny, to wewnątrz Ciebie buzują emocje, bo nic nie trzyma się kupy.

I naraz chcesz powiedzieć głośno, że wszystkie Twoje starania, obiadki, zakupy, pielęgnowanie domowego ogniska - wszystko jak krew w piach, bo tak naprawdę jesteś złą matką. A już zła do kwadratu jesteś/będziesz jeśli faktycznie porzucisz ten wór obowiązków, który sama sobie na plecy wrzuciłaś i usiądziesz wieczorem z książką i lampką wina. Oj przeklnie Cię teściowa do siódmego pokolenia, jeśli zostawisz spracowanego męża (przecież praca na utrzymanie rodziny wykańcza!) i pójdziesz z koleżankami na miasto na drinka. I na koniec największy absurd - żadna z nas nie chce być złą matką, ale każda czasem marzy, by nią być!

Hej! Chciałam tylko powiedzieć, że Twoje perfekcyjne koleżanki, których zdjęcia oglądasz codziennie na Fejsbuku to lekkie oszukaństwo. Bo one po domu też chodzą w dresie! I możliwe nawet, że wychodząc do sklepu po śmietanę idą bez wzorowego makijażu! I co najlepsze, im też nie wszystko wychodzi i czasem marzą o tym, by usiąść z drinkiem na kanapie. Zwłaszcza w tych chwilach gdy po raz setny próbują zaprać plamy po gerberku powstałe na białej (o zgrozo przy małym dziecku!) kanapie.

Nie jesteśmy idealne, choć bardzo chcemy być. Popełniamy błędy, choć usilnie staramy się ich uniknąć. To normalne. Jesteśmy złymi matkami. Ale jesteśmy też wspaniałymi matkami, bo każdego dnia wstajemy z nową siłą, każdego dnia chce nam się chcieć, każdego dnia pokonujemy siebie, każdego dnia jesteśmy w stanie pokonać każdą przeszkodę i zniszczyć każdego, kto odważy się zadrzeć z naszą rodziną. Jesteśmy złymi-wspaniałymi matkami i to właśnie dzieci i rodzina są naszym motorem napędowym.

Na koniec polecam Wam film, którego kadrem posłużyłam się w tym poście. "Bad mom's" w tłumaczeniu - "Złe mamuśki" to kwintesencja tego, o czym dziś pisałam. Każda z nas może dla rodziny wypruwać sobie żyły, ale mamy też tak samo równy w mocy obowiązek, by zadbać o własne szczęście.






Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

wtorek, 18 września 2018

Social media - doskonały sposób do wpędzania się w kompleksy.

Social media - doskonały sposób do wpędzania się w kompleksy.

Jeśli kiedykolwiek przeglądając Instagram czy Facebooka, przyszło Ci do głowy pytanie: "Dlaczego ja tak nie wyglądam?", "Dlaczego ja tak nie mam?", "Skąd ona ma na to kasę?", "Dlaczego moje życie jest takie nudne?" to poniższy tekst jest zdecydowanie dla ciebie!

Social media to w dzisiejszych czasach dobrodziejstwo i przekleństwo. To z pewnością idealne miejsce do podglądania po cichu co się dzieje w życiu znajomych i do szukania różnego rodzaju inspiracji. Jak się jednak okazuje, przeprowadzono badania, które dowiodły że to, co oglądamy na Facebooku i Instagramie wpędzają nas w kompleksy i wywołuje głównie olbrzymie frustracje u większości z Nas. Serio?!

Nigdy bym nie pomyślała, że do podglądania cudzego życia w internetach trzeba mieć zdwojone pokłady zdrowego rozsądku, ale jak teraz na to patrzę to chyba rozumiem, skąd się bierze hejt w mediach społecznościowych. Podziwiamy piękne wnętrza, pięknych i wysportowanych ludzi, odległe miejsca i najzwyczajniej w świecie, całkiem w sumie po ludzku - zazdrościmy. I właśnie ten moment, gdy poczujemy to ukłucie zazdrości, powinien być sygnałem do zmiany sposobu myślenia i patrzenia na to, co pojawia się na Instagramie czy Facebooku.

Mam oczywiście świadomość tego, że zdarzają się ludzie, których obecne życie to faktycznie bajka: wielkie domy, drogie auta, podróże, piękne ciała... Specjalnie użyłam słowa "obecnie", bo w większości przypadków ci ludzie dochodzili do tego co obecnie mają miesiącami albo nawet latami (patrz uwielbiani przez wszystkich - poza mną - Lewandowscy). Ale ok, pogódźmy się z tym, że faktycznie, niektórzy mają w życiu lepiej - nieważne czy dane czy wypracowane. Zastanów się jednak, czy zdjęcia, które widzisz to faktycznie cała prawda? Nikt przecież nie chce się chwalić tym, z czego sam nie jest dumny, czyż nie? 

 Tak więc, jeśli chcesz mieć talię osy i brazylijskie pośladki to przejdź na dietę i zacznij ćwiczyć! Podoba Ci się pięknie wykończone mieszkanie jakiejś aktorki? Nie musisz brać kredytu i wymieniać mebli - czasem odrobina farby i kreatywności wystarczy. Podoba Ci się jakaś stylówka podpatrzona u Natalii Siwiec? Nie musisz napadać na bank i lecieć do Mediolanu na shopping. Wiele blogerek udowadnia, że i w lumpeksie można się ubrać mega stylowo. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Tak czy inaczej, lepsze życie innych - czy też życie, które na zdjęciach wygląda na lepsze - nie powinno być powodem Twojej frustracji. Pamiętaj, że utyskiwanie na to, że inni mają lepiej niż Ty, nie poprawi Twojej sytuacji! Nie daj się wpędzić w kompleksy, a w social mediach szukaj co najwyżej inspiracji! Twoje życie jest w Twoich rękach!




Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)



wtorek, 21 sierpnia 2018

Wakacje od zasad.

Wakacje od zasad.
plaża, ratownik, koło, Darłówek, ratownicy, dzieci, rodzice, utonięcie

Nie trzeba nikogo przekonywać, że wakacje to czas ogólnego rozprężenia. Wszystko robimy wolniej i bez spiny. Całoroczny pośpiech i napięcie w okresie wakacyjnym ulatniają się w cudowny sposób, bo powrócić dopiero gdzieś koło września. Doskonale pamiętam to uczucie z dzieciństwa - wakacje to był czas relaksu, wolności od rutyny, obowiązków i zasad, które obowiązywały nas wszystkich w ciągu tych 9 szkolnych miesięcy. Są jednak zasady, które obowiązuje przez 12 miesięcy, 365 dni w roku. 

Z przerażeniem obserwuję, że coraz większa liczba dorosłych ludzi postrzega czas wakacji i urlopów w ten właśnie dziecinny sposób: hulaj dusza, piekła nie ma, zasad i obowiązków też nie, bo przecież są wakacje! Obserwuję ten trend drodzy dorośli, zwłaszcza rodzice (sic!), siedząc na mazurskiej strzeżonej plaży, na której wypoczywacie Wy i wasze rodziny, wasze dzieci. Widzę, jak siedzicie gromadą na kocach, każdy z Was z piwem w ręku, a Wasze dzieci - i te 2 letnie i te 4, 5, 10 letnie biegną swobodnie do wody, przechodzą przez bojki, wchodzą głębiej i głębiej... Wszystkie w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa - przecież mama i tata są obok, 20 metrów dalej, na kocu!

Dwa lata temu, na tej samej mazurskiej plaży dostrzegłam biegnącego ojca. Biegł z drugiego końca plaży, mniej więcej w moim kierunku, z przerażoną miną. Ja już wiedziałam, po co biegnie, więc licząc że jestem bliżej, zaczęłam się rozglądać. I dojrzałam. Topiącą się dziewczynkę, na oko 3 letnią w wodzie która sięgała mi do uda. Byłam pierwsza. I przemknęło mi przez myśl "To mogła być moja córka", zaś po chwili "Nie mogła - ja swojego dziecka pilnuję jak oka w głowie".

Spytacie pewnie, a gdzie był ratownik? Odpowiem, że na swoim miejscu - zajmował się upominaniem Waszych nastoletnich synów skaczących do wody na główkę albo Waszych kuzynów czy znajomych wpływających pod pomost z maleńkimi dziećmi w kółkach. Dwóch ratowników, cała plaża ludzi - naprawdę zaryzykujesz puszczenie do wody dziecka, do którego ratownik będzie akurat stał plecami? Ratownik nie jest nianią dla Twoich pociech, a kto będzie mi tłumaczył, że 10 latek sobie poradzi bo świetnie pływa niech mi również przy okazji wyłoży, jak w takim razie topią się również dorośli ludzie.

A gdyby zastanowiło Was, dlaczego mój urlop jest pełen stresu i nerwowości, a Wasz pełen relaksu i beztroski, to już tłumaczę. Zapewne dlatego, że pilnuję swoich dzieci jak matka kwoka, chodząc za nimi w wodzie krok w krok, a przy okazji ogarniam wzrokiem również Wasze dzieci, które pozostawiliście w tej wodzie samopas. I pewnie po trosze dlatego, że nie mam okazji napić się piwa ani na plaży, ani do obiadu, bo zdrowy rozsądek podpowiada mi, że gdyby coś się wydarzyło, muszę być w stanie zareagować.

A jeśli chodzi o te zasady, o których wspominałam na początku, to na dzień dzisiejszy mam dla Was dwie: zasada dla wszystkich dorosłych brzmi "Używaj zdrowego rozsądku w każdej sytuacji". Zasada obowiązująca rodziców brzmi: "Twoje dziecko, to Twój obowiązek, 365 dni w roku".

Dokładnie. Nie mój, nie sąsiada, nie ratownika.





piątek, 16 marca 2018

Jak udało mi się zarobić na wiosennych porządkach?

Jak udało mi się zarobić na wiosennych porządkach?
Rzeczy, używane, antyki, wyprzedaż, ubranka, porządki

Są tacy ludzie, którzy na kiermaszach czy w lumpeksach czują się jak ryby w wodzie; lawiują pomiędzy wieszakami, tudzież stoiskami, doskonale wiedząc gdzie szukać perełek. Spomiędzy różnych gratów potrafią wyłowić rzeczy naprawdę ładne. Ja nigdy nie potrafiłam się odnaleźć w tych miejscach, a używane rzeczy które do tej pory zalegaly mi w szafie lub schowku zwykle wyrzucałam lub oddawałam, jeśli znalazł się jakich chętny. Nie wpadłam jednak na to, że na wiosennych porządkach w szafie i schowku będę w stanie jakoś zarobić.

I nie ma się co śmiać, bo ofiarowując niepotrzebne nam rzeczy osobom w potrzebie pozbyłam się z mieszkania starej rozkładanej kanapy, czy całego zestawu mebli z salonu. Zawsze znajdą się ludzie w potrzebie, którzy chętnie przyjmują tego typu wyposażenie. Jak się jednak okazało, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu jest równie duża rzesza osób chętnych odkupić używane sprzęty domowe czy ubranka.
Przyznaję bez bicia, że wydawało mi się, zważywszy na ogólnodostępność tych rzeczy i ich przystępność cenową, popyt na używane ciuszki będzie nijaki albo wręcz żaden. Ku mojemu zaskoczeniu byłam w dużym błędzie, bo dzięki publikacji ogłoszeń na odpowiednich grupach na Facebooku z zyskiem pozbyłam się zalegających w schowku dziecięcych ubranek.

Na grupach dla mam ogłaszają się zarówno te poszukujące jak i sprzedające mamuśki. Jedne sprzedają ubranka czy akcesoria po swoich maluchach za kwoty mniej lub bardziej symboliczne, a inne wymieniają gadżety za słodycze lub artykuły 'aktualnej potrzeby', jak na przykład pieluchy. Nim jednak wystawiłam na grupie pierwsze ogłoszenie, dłuższą chwilę zastanawiałam się nad tym, czy w ogóle znajdą się chętni na kupno. I tu znów czekała mnie miła niespodzianka, w niecałe dwa tygodnie udało mi się upłynnić kilka kurtek po Córce, kilka toreb ubranek po obu moich dzieciakach, używany odkurzacz i dwie pary moich szpilek. I uwierzcie lub nie, ale "zarobiłam" na tym tyle, że spokojnie mogę uzupełnić własną garderobę, nim w przyszłym tygodniu rusze na podbój nowej pracy.

A Wy, jakie macie doświadczenia ze sprzedaży używanych rzeczy? A może jeszcze nie próbowaliście i wciąż zastanawiacie się czy warto?





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

sobota, 3 marca 2018

Słowo o moich niezrealizowanych zapędach stylizacyjno-aranżacyjnych.

Słowo o moich niezrealizowanych zapędach stylizacyjno-aranżacyjnych.

Od czasów nastoletnich przejawiałam zapędy wnętrzarskie - rodzice dostawali szału, bo przynajmniej raz w miesiącu jeździłam z meblami po całym pokoju i czasem różnica w ich ustawieniu była o 180 stopni. Z perspektywy czasu jestem przekonana, że rodziców cieszył fakt, że moje ograniczone kieszonkowe (a w późniejszych latach zarobki) nie pozwalały na poważniejsze akcje dekoratorskie niż przemalowanie ścian co jakiś czas, bo zdecydowanie poszłabym z torbami.

Gdyby ktoś popatrzył na moje obecne mieszkanie, nie przyznałby mi ani polotu ani talentu do aranżowania wnętrz. Troszkę wynika to z tego, że wprowadzając się do niego jako młode małżeństwo nie mieliśmy z mężem ani szczególnego pomysłu ani funduszy na jego urządzenie. Część gotówki, którą mogliśmy na to przeznaczyć przepadła w zaliczkach na mieszkanie, którego finalnie nie udało nam się kupić, a druga część wystarczyła jedynie na odświeżenie i wyposażenie obecnego w podstawowe meble i sprzęty. Moje dekoratorskie wizje musiały poczekać na lepsze czasy, które de faco chyba nigdy nie nadeszły. Niestety.

Podobnie do moich umiejętności dekoratorskich miewa się mój zmysł stylizacyjny. Szeroko rozumiana moda zawsze wydawała mi się abstrakcyjna, a stroje z wybiegów kwitowałam zwykle tekstem "Jezu, kto by to chciał nosić?!". Trendy związane z porami roku zawsze były dla mnie abstrakcją, a o dobraniu fasonu do sylwetki mogłam tylko pomarzyć. Pewnie dlatego szczytem mojej kreatywności jest przysposobienie stylizacji ściągniętej żywcem z wystawowego manekina. Chociaż mój dotychczasowy 'styl' to taki luźny casual; t-shirt i jeansy, a do tego baletki albo buty sportowe, dojrzałam chyba w końcu do tego, że chciałabym w tym kierunku coś zmienić.

Obie te kwestie wpływają na to, że ostatnimi czasy o wiele chętniej niż w poprzednich latach i również bardziej wnikliwie przeglądam zdjęcia na Instagramie i "Lookbook'i" różnych marek odzieżowych. Na Instagramie mam konto od kilku lat i raz na jakiś czas wrzucę nawet jakieś zdjęcie, jednak nigdy przeglądanie fotosów innych osób specjalnie mnie nie kręciło. Aż do teraz. I muszę przyznać, że co by o tym medium społecznościowym nie mówić, jest to zdecydowanie kopalnia pomysłów; zarówno w kwestii stylizacji ubiorowych jak i aranżacji wnętrzarskich.

To drugie chyba nawet bardziej, zwłaszcza odkąd trend skandynawski zdominował wszelkie wnętrzarskie aranżacje. Zawsze byłam zwolennikiem ciemnych mebli i kolorowych ścian - w podobnym stylu jest urządzone moje mieszkanie - bo białe ściany wydawały mi się takie "szpitalne". Jednak odkąd przekroczyłam kolejną dekadę, kolorowy wystrój podobnie jak nastoletni styl ubierania wydają mi się mocno przestarzałe, a przemożna chęć zmian zdominowała wyraźnie kręg moich zainteresowań. Czekam więc niecierpliwie na moment w którym podejmę pracę i poprawię stan domowego budżetu, bo marzy mi się odświeżenie mieszkania oraz wymiana garderoby na wiosnę.

Jedyna łyżka dziegciu, jaka nasuwa mi się na myśl, gdy przeglądam te wszystkie perfekcyjnie wystylizowane zdjęcia, to pytanie "Czy ci wszyscy ludzie żyją w ten sposób naprawdę?". Czy mają takie piękne mieszkania, kanapy dobrane pod kolor ścian i książki ustawione alfabetycznie, czy to może tak tylko do zdjęcia? Czy ustawiają się z kubkiem parującej kawy i kocykiem plecionym z wełny merinosa tylko do zdjęcia, a potem przebierają się w dres i zakładają kapciuszki?






Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

wtorek, 27 lutego 2018

Czy kobieta szukająca pracy z góry skazana jest na porażkę?

Czy kobieta szukająca pracy z góry skazana jest na porażkę?
kobieta, praca, zawód, urlop macierzyński, rozmowa rekrutacyjna, rozmowa kwalifikacyjna, pracodawca, szukam pracy

Kobieta wracająca na rynek pracy ma przerąbane - po tym stwierdzeniu mogłabym właściwie postawić kropkę i zakończyć temat. Niezależnie od tego, czy byłaś na rocznym urlopie macierzyńskim, na trzyletnim urlopie wychowawczym, czy po prostu postanowiłaś przez rok podróżować bez celu po świecie, luka w ciągłości Twojego zatrudnienia bije rekrutera po oczach.

Gdy zaszłam w pierwszą ciążę z córką, pracowałam na zlecenie. Niestety mój pracodawca i jego stosunek do wszystkiego i wszystkich wokół pozostawiał wiele do życzenia, dlatego jeszcze zanim zorientowałam się, że jestem w ciąży, przez jakiś czas rozglądałam się za nową posadą. Przyznaję, że wiadomość o moim błogosławionym stanie, trochę skomplikowała moje plany, mimo to byłam nawet na jednej rozmowie kwalifikacyjnej, lecz usłyszawszy pytanie o plany powiększenia rodziny doszłam do wniosku, że nie chcę zamienić siekierki na kijek.
Kolejne wybryki mojego pracodawcy zmusiły mnie do rzucenia pracy w trzecim miesiącu ciąży, co chociażby przez wzgląd na przyszłe potrzeby i wydatki były prawdopodobnie niezbyt mądrym posunięciem. Kiedy po dwóch miesiącach bezczynności pojawiła się propozycja dodatkowej pracy na zlecenie w firmie męża - byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży - w ramach której miałam przeprowadzać ankiety i aktualizować bazy danych, chętnie na to przystałam.

Urodziła się córka i rok urlopu macierzyńskiego minął mi błyskawicznie, dlatego dwa miesiące przed jego zakończeniem zaczęłam intensywnie szukać nowego miejsca pracy. Niezliczone ilości wysłanych aplikacji i całkowity brak odzewu nie napawały mnie optymizmem. I znów, chciałoby się powiedzieć "trafiło się ślepej kurze ziarno" - w firmie męża zwolniło się stanowisko, które jak się później okazało miałam zająć na czas czyjejś rekonwalescencji a de facto zajęłam na prawie dwa lata, do czasu aż ponownie opuściłam miejsce pracy, będąc w siódmym miesiącu kolejnej ciąży.
Ponieważ pracowałam znów na zlecenie, postanowiłam znaleźć zaufaną osobę, która na okres mojego urlopu zastąpi mnie na stanowisku, jednocześnie "przytrzymując" mi miejsce pracy, bym po urlopie macierzyńskim miała dokąd wracać. Niestety, jak już pisałam w poprzedniej notce, nawet zaufanym ludziom nie można ufać - a przez to z powodu czyjejś nieuczciwości, niestety zostałam na lodzie. Kwiecień za pasem i koniec mojej 'wolności' zawodowej, dlatego znów nerwowo przebierając nogami przeglądam ogłoszenia o pracę.

Wstyd przyznać, lecz idzie marnie. Bo choć zaliczyłam już kilka rozmów o pracę, żaden pracodawca nie pozostawił mi nawet odrobiny nadziei na zatrudnienie, mimo że moje kompetencje nie odbiegają od tych opisanych w ogłoszeniach, na które aplikuję. Jestem rozsądnym człowiekiem, nie lubię marnować ani swojego ani cudzego czasu, dlatego szukam stanowiska, na którym definitywnie się sprawdzę. I mimo sporego doświadczenia w odbywaniu spotkań rekrutacyjnych, nadal mam przeświadczenie, że sekretarka czy asystentka musi mieć doktorat z fizyki kwantowej i zaliczyć szkolenie w NASA. W innym przypadku odbieranie telefonów, segregowanie poczty i organizacja dokumentów czy podawanie kawy przerastają jej możliwości.
O kolejnym spostrzeżeniu wspomniałam już na początku - luka w ciągłości zatrudnienia od razu generuje niewygodne pytania, po których (mówcie co chcecie) z góry jesteś skazana na spadek w rankingu potencjalnych kandydatów na jakiekolwiek stanowisko. Skąd tu tak długa przerwa w zatrudnieniu? Macierzyński? Czyli ma Pani małe dziecko?

Tak czy inaczej nadal szukam - w moim życiu różne rzeczy lubią przydarzać się niespodziewanie i w ostatniej chwili (jak w przypadku znalezienia miejsca noclegowego w Zakopanem), dlatego cierpliwie czekam. A jeśli nie uda mi się nic znaleźć, to na szczęście do latania z mopem i odkurzaczem po cudzych mieszkaniach nie trzeba być zbyt elokwentnym.





Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

piątek, 23 lutego 2018

Prezent urodzinowy dla męża czyli jak rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Tatry.

Prezent urodzinowy dla męża czyli jak rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Tatry.
tatry, góry, Zakopane, wyjazd, ferie zimowe, kwatery, pokoje gościnne, gdzie z dziećmi, stek chałupa

Przyznaję, że kiedy je znów zobaczyłam, zaparło mi dech - w końcu ostatni raz widziałyśmy się jakieś osiem lat temu, więc można się stęsknić. I choć każdy powód do odwiedzin jest dobry, to urodziny męża wydały mi się okazją idealną, tym bardziej że nasza pierwsza wizyta w Zakopanem miała miejsce dokładnie w tym samym terminie i okolicznościach przyrody.

O prezencie urodzinowym dla męża myślałam od dłuższego czasu - lubię robić mu niespodzianki, lubię go obdarowywać i pewnie dlatego wizje prezentu zmieniały się kilkukrotnie. I ku mojemu zdziwieniu, gdy pojawiło się natchnienie na spontaniczny wyjazd w góry, uznałam to za prezent najbardziej odpowiedni. Spontaniczność jednak ma te minusy, że znalezienie kwatery w osiągalnej cenie w tak obleganym miejscu i to jeszcze w okresie ferii zimowych graniczy z cudem. Jak się jednak szczęśliwie przekonaliśmy, cuda 'na górze' załatwiają prawie od ręki, a na rzeczy niemożliwe trzeba nieco dłużej poczekać.

O tym, że jestem samozwańczym mistrzem pakowania być może jeszcze kiedyś napiszę coś więcej - w końcu spakowanie na kilka dni czteroosobowej rodziny w dwóch walizek kabinowych i małej torby sportowej to jednak jest jakiś wyczyn - a każdy rodzic wie, ile przyborów dla dzieci warto mieć ze sobą choćby na wszelki wypadek. W kwestii spontanicznych wyjazdów z dziećmi, inną potencjalnie problematyczną kwestią jest też długość podróży, ale muszę przyznać, że moje dzieci te sześć godzin (z trzema krótkimi przystankami) przetrwały w jedną i drugą stronę prawie bezproblemowo.

Marzyłam o pokonywaniu zaśnieżonych ścieżek pod Reglami, doliny Chochołowskiej i nawet po cichu myślałam o wyprawie na Morskie Oko, ale ponieważ nie to było tym razem najważniejsze, musi poczekać do następnego wyjazdu. Swój krótki wypad spędziliśmy za to na zabawie, spacerach, zjeżdżaniu na sankach i lepieniu bałwana. Degustowaliśmy smaczne chłopskie jadło, a zamiast tortu przypieczętowaliśmy urodziny męża pyszną szarlotką z lodami. I tu polecam wszystkim knajpę STEK CHAŁUPA na Krupówkach - fajna atmosfera i góralski wystrój i oczywiście pyszne jedzenie!


I chociaż w tym roku nie uda nam się już obejrzeć zimowych Tatr, to liczę na to, że spontaniczne wyjazdy jeszcze nam się przydarzą. :)






Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

czwartek, 1 lutego 2018

Tragedia na własne życzenie, czyli dlaczego nie zabezpieczamy się przed nieszczęściem?

Tragedia na własne życzenie, czyli dlaczego nie zabezpieczamy się przed nieszczęściem?
łazienka, gaz, CO2, czad, tragedia, wypadek, czujnik, zaczadzenie, nieszczęście, gaz

Na zdrowy rozum można by sądzić, że każdy człowiek z całych sił stara się unikać niebezpieczeństw; nikt o zdrowych zmysłach nie wystawia ręki do warczącego psa, ani przy minus dziesięciu stopniach nie ubiera klapek i szortów. Potencjalnych zagrożeń w naszym życiu jest wiele, dlatego asekurujemy się na tyle, na ile to tylko możliwe. Mimo to, kolejne programy z wieczornymi wiadomościami pełne są historii nieszczęśliwych wypadków. A dużej części z nich można było zapobiec.

Pamiętam doskonale, jak paręnaście lat temu w mieszkaniu mojej babci w malutkiej łazience wisiał ogromny piecyk gazowy. I pamiętam też jak z zainteresowaniem przyglądałam się zawsze płonącemu w nim ognikowi. Byłam dzieckiem, potem nastolatką i przyznaję się, że ani trochę nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ten malutki ognik w piecyku może być dla babci, czy kogokolwiek z nas, śmiertelnie niebezpieczny. Mało tego jestem przekonana, że żaden z dorosłych również nie zaprzątał sobie wtedy tym głowy.

Piszę o tym pod wpływem obejrzanego wczoraj programu, opowiadającego historię nieszczęśliwego wypadku, w wyniku którego zmarła nastolatka. Jak pewnie łatwo Wam się domyślić, w trakcie kąpieli uwalniający się z piecyka gaz spowodował, że dziewczynka straciła przytomność, a następnie najprawdopodobniej utonęła w wannie. Przerażające jest jednak to, że - jak stwierdził jeden z wypowiadających się w reportażu policjantów - w sezonie zimowym zwłaszcza, dochodzi co roku do minimum 50 tego rodzaju tragedii. Pięćdziesiąt osób rocznie umiera, choć zdają sobie sprawę z potencjalnego niebezpieczeństwa.

Przecież temu można było zapobiec - oburzył się wczoraj jako pierwszy mój mąż. - Wystarczyłoby kupić za pięćdziesiąt złotych czujnik albo i dwa. Oczywiście miał rację i pomijając względy własnego bezpieczeństwa dziwi mnie, że przy ilości nagłaśnianych tego typu wypadków, każdy posiadacz piecyka gazowego jeszcze się w to urządzenie nie wyposażył. Zaraz jednak nasunęła mi się na myśl refleksja, że każdego lata słyszymy podobne historie o dzieciach zamkniętych w autach, w pełnym słońcu i upale, a mimo to każdego roku te sytuacje wciąż się zdarzają.

Pół wieczoru słuchałam utyskiwania męża na ludzką bezmyślność. Gdy położyliśmy się do łóżka i wspomniałam mu o zabawkach, które córka wrzuciła za kanapę, uświadomiłam sobie jedną rzecz: w zesżłym roku, przed majówką, kontakt elektryczny za kanapą zaczął wariować i strzelać iskrami. Mąż przy nim grzebał, ale nic nie zrobił, a elektryk dostępny był dopiero po długim weekendzie. Leżąc więc w łóżku, ponieważ w końce elektryk do nas nie dotarł, zapytałam męża, czy zabezpieczył ten kontakt za kanapą, a on tylko mruknął przecząco. Powiedziałam, że w weekend musi to zrobić, bo jeśli zrobi się zwarcie i pójdzie iskra, to nie będzie po nas co zbierać.

Choć było ciemno, widziałam że było mu głupio. Parę godzin wcześniej przeklinał ludzką głupotę, podczas gdy sam nie zadbał o nasze bezpieczeństwo, choć minęło już tyle czasu. Czy to oznacza, że brakuje nam instynktu samozachowawczego? A może po prostu jesteśmy na tyle lekkomyślni, iż myślimy że te tragedie mogą przydarzyć się każdemu, tylko nie nam? To oczywiste, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć, ale na tyle na ile się da, powinniśmy się przynajmniej postarać.






Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)

wtorek, 23 stycznia 2018

Oko za oko, ząb za ząb...Czy zawsze warto?

Oko za oko, ząb za ząb...Czy zawsze warto?
kobieta, boks, praca, walka, stanowisko, korporacja, nieuczciwość, honor

Przez całe życie moi rodzice powtarzali mi jak mantrę, że jestem takim typem człowieka, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Twierdzili, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych i nikt tak nie potrafi walczyć o swoje, bo gdy ktoś mi zamyka przed nosem drzwi, wchodzę przez okno albo przez komin. Trudności w moim życiu były wyłącznie poprzeczką do przeskoczenia - choć powinnam powiedzieć do obejścia - bo jak coś ciężko przeskoczyć to zapewne łatwiej obejść, a kombinowanie to była od zawsze moja specjalność.

Nigdy nie pozwalałam na to, by inni ludzie 'wchodzili mi na głowę' i choć zwykle starałam się być fair wobec otoczenia, to szybko nauczyłam się, że niektórzy aż proszą się o to, by ich traktować tak samo, jak oni traktują ciebie albo i gorzej. Dopiero po dłuższym czasie zrozumiałam, że takie zachowanie nie ma sensu, bo wygląda trochę jak kamienie rekinów: niezależnie od tego, czy próbujesz odpłynąć, czy rzucasz im hurtowe ilości padliny, prędzej czy później i tak wrócą, by cię pożreć. Może to płytkie porównanie, ale jeśli ktoś pracował w korporacji, powinien zrozumieć co chcę powiedzieć. Ze swojego życia mogłabym przytoczyć mnóstwo przykładów sytuacji, gdy ktoś mnie potraktował źle, niesprawiedliwie osądził czy plotkował na mój temat. Nie mam pojęcia czy to mój asertywny charakter, czy szczerość do bólu, ale jak magnes przyciągam ludzi, którzy (czasem nawet bez przyczyny) usilnie próbują uprzykrzyć mi życie.

I chociaż zmieniłam swoje podejście głównie dla spokoju własnego sumienia, ciągle przekonuję się, że świat nie zawsze gra z nami fair play. Za przyczyną mojego wywodu stoi sytuacja, która zmusiła mnie do poszukiwania nowej pracy. Na moim obecnym stanowisku w firmie pracuje właśnie osoba, którą wybrałam na prośbę i z polecenia kolegi z działu, która miała podjąć pracę ze świadomością, że po urlopie macierzyńskim będę chciała wrócić na swoje stanowisko i mi to stanowisko zwolnić. To miał być dla niej dodatkowy zarobek. Gdy niedawno skontaktowałam się z tą osobą by potwierdzić ważność naszej dżentelmeńskiej umowy, ta zaczęła kręcić i wić się jak wąż. Jak się okazało umowy ustne, podobnie jak słowo honoru, współcześnie dla wielu ludzi znaczą tyle co nic.

Charakter podpowiada mi: "Walcz, bij się o to, co twoje! Umowa była inna!", rozsądek zaś, który u mnie ulokowany jest jakoś dziwnie blisko serca mówi: "Daj sobie spokój, bo robienie batalii o stanowisko nie ma sensu. Pomyśl o pracy, która oprócz dobrych zarobków da ci stabilność". I wiecie co? Odpuściłam, chociaż to zupełnie nie w moim stylu. Podobnie jak mierzenie ludzi swoją miarą, tak oczekiwanie, że będą wobec mnie tak po prostu uczciwi, nie ma sensu. I chociaż przyznaję, że żałuję utraty pracy, bo poza zarobkami miała jeszcze  kilka plusów, to nie chcę by pieniądze były tym, co zmusi mnie do jakiegoś "upodlenia", czy do zachowania się w sposób, którego potem na pewno będę żałować. Chcę być dobrym człowiekiem i tak traktuje innych. Chcę by inni byli dobrzy i uczciwi, ale niestety nie są i może może nigdy nie będą. I z tym muszę się jakoś pogodzić.






Jeśli podobał Ci się ten wpis koniecznie daj mi znać! Zostaw komentarz tutaj, polub mnie na Facebooku lub Instagramie. Zostańmy w kontakcie! :)